Escape to oryginalne opowiadanie, nie tłumaczenie.
Zawierać może sceny przeznaczone dla osób pełnoletnich - czytasz na własną odpowiedzialność.

sobota, 1 marca 2014

Epilog.




Wydawać by się mogło, że cierpienie niszczy nieodwracalnie. Nic podobnego. Cierpienie podobne jest do palącej się zapałki – początkowo ogień trawi ją gwałtownie, tak jak ból niszczy duszę, później słabnie, tylko po to, by na końcu zagasnąć – nie niszcząc drewna do końca. Cierpienie nie niszczy człowieka – każe mu upaść, ale tylko po to, by nauczyć go wstawać. By za każdym razem budził się silniejszy uczył się odbudowywać siebie na nowo. Żeby nie pytał ‘dlaczego właśnie ja?’, tylko zagryzł zęby i walczył. Dlatego właśnie wybaczenie wcale nie jest łatwe – to nie chwila, to nie jedna decyzja, to morze wątpliwości i szereg nieprzespanych nocy. To pustka w środku i przejmujący ból, krzyk i zwątpienie. To panika na dźwięk głosu, gorzkie łzy pod powiekami na brzmienie imienia. To proces, przez który trzeba przejść – dopiero wtedy można podnieść się z kolan, otrzepać i iść dalej. Mi się udało.

Wciskam enter po raz ostatni, zapisuję plik i zamykam laptopa. Jej historia jest już gotowa, spisana, dokładnie tak, jak chciała. Ona. Ta, której serce pękło tego wieczoru w sypialni. Ta, która płakała, krzyczała, ta, która dusiła się własną słabością i żalem. Ta, która musiała uciekać. Ta, której się nie udało. Dziś silniejsza, kilka lat starsza, szczęśliwa. Ta, która wygrała walkę z przeznaczeniem, walkę o własne życie. Nie udało by się jej bez niego, był obok każdego dnia i każdej nocy, tak jak obiecał. Ona, czyli ja.

Patrzę na zdjęcie w drewnianej ramce stojące na biurku obok laptopa, uśmiecham się na widok jego rozwichrzonych włosów, promieniejących szczęściem oczu i uśmiechu, którym topi wszystkie lody, po czym ostrożnie wstaję i idę do kuchni. Włączam radio i kołyszę się do jakiejś melodii, czekając, aż woda na herbatę zacznie się gotować. Nagle słyszę dźwięk otwieranych drzwi wejściowych i tupot małych stópek.
- Jestem w kuchni! – wołam w stronę korytarza, a po chwili w progu pojawia się roześmiana trzylatka. Jej blond loczki przyozdobione zieloną kokardką sprawiają wrażenie złotej aureoli, zwłaszcza w popołudniowym świetle, wlewającym się przez duże, kuchenne okno. Podbiega do mnie, więc odstawiam kubek i biorę ją na ręce i mocno przytulam.
- Cześć łobuziaku, gdzie tatuś? – pytam, a ona paluszkiem wskazuje na drzwi.
- Tu jestem. Cat, mówiłem, żebyś jej nie dźwigała! – zza futryny wyłania się znajoma twarz. Niezmiennie zielone oczy z figlarnymi iskierkami, burza ciemnobrązowych włosów, które niegdyś kręcone, dziś przypominają raczej niedbałe fale, kilka tatuaży więcej niż w czasach, gdy się poznawaliśmy, firmowy uśmiech, który odziedziczyła po nim córka – Harry w pełnej krasie.
- Daj spokój, Harry, nic mi nie będzie – uśmiecham się do niego i na potwierdzenie swoich słów okręcam się kilkukrotnie dookoła, sprawiając, że mała w moich ramionach zaczyna wesoło piszczeć.
- Mimo wszystko. Bella, chodź do taty – mężczyzna wyciąga ręce w stronę córeczki i odbiera ją ode mnie, jednocześnie całując mnie lekko w policzek. – Jak się czujesz?
- W porządku, troszkę mi dziś słabo, ale generalnie nie jest źle. Skończyłam wreszcie książkę – chwalę się, wiedząc, że Harry bardzo dopingował mnie do spisania tej historii.
- Super! Oczywiście pierwszy egzemplarz dla mnie?
- Jasne, jak sobie go kupisz – droczę się. – A co u ciebie?
- Jak widać, robię dziś za niańkę – śmieje się Harry, podrzucając trzylatkę przysłuchującą się naszej rozmowie. – Hannah miała dziś jakieś ważne spotkanie, więc zabrałem małą do pracy i na mały spacerek do ulubionej cioci, prawda, kochanie?
- Tak! – Bella z zapałem kiwa głową. – Ciocia?
- Tak, skarbie?
- A wujek kiedy wróci? – mała uśmiecha się, ukazując odziedziczone po tacie dołeczki w policzkach.
- Wiedziałam, że nie przyszłaś tu do mnie, tylko do wujka! No nie, to chyba na deser nie będzie dzisiaj lodów! – udaję oburzenie.
- Ale… Ale do ciebie też! Naprawdę! – w zielonych oczach Belli widzę strach o utratę deseru, więc szybko uśmiecham się i głaszczę ją po główce.
- Dobrze, dobrze, wierzę! Wujek powinien już być, zaraz będzie obiad. Harry, zostaniecie, prawda? – zwracam się do przyjaciela.
- Nie chcemy robić problemów…
- Daj spokój, zrobiłam swojego popisowego kurczaka! – szturcham go łokciem i odwracam się, by wyjąć z szafki dodatkowe talerze.
- Nie no, jak tak, to zostajemy! – śmieje się Harry i siada przy stole. Pijemy herbatę i wspominamy stare czasy, podczas gdy na patelni dochodzi obiecana pierś z kurczaka. 

Ostatnie pięć, prawie sześć lat, to dla nas wszystkich był okres wielkich zmian i zawirowań. Zaczęło się dość niewinnie, bo od oświadczyn – Zayn zaskoczył nas wszystkich, oświadczając się Perrie podczas ostatniego koncertu w czasie światowej trasy koncertowej. Nie miała wyboru – tysiące dziewczyn wraz z nią wykrzyczało „tak!”. Management nie był szczególnie zadowolony, ale chciał to przekuć na swoją korzyść i zrobić ze ślubu największe wydarzenie towarzyskie roku – gdy Zayn odmówił, urządzając gustowne, ale skromne przyjęcie dla niewielkiego grona najbliższych, managerowie odmówili podpisania kolejnego kontraktu z zespołem. Co zaskakujące – wszystkim wyszło to na dobre. Okazało się, że na rynku muzycznym pojawiło się wielu młodszych wykonawców, którzy szybko zdobyli sobie uznanie fanów i miejsca na pierwszych listach przebojów, więc zakończenie kariery przez One Direction w szczytowym punkcie ich kariery było dobrym pomysłem – uniknęli powolnego tracenia fanów, spadania w notowaniach i bycia zapraszanym na rozdania nagród w roli wielkiego przegranego. Chłopcy, czy też powinnam powiedzieć – mężczyźni, pozostali jednak w biznesie muzycznym, pracując jako producenci czy tekściarze dla innych artystów. Jako kolejny do grona zaobrączkowanych dołączył Harry – jego związek z Hannah był zaskoczeniem dla nas wszystkich, a pojawienie się na świecie Belli – jeszcze większym. Z dumą patrzę teraz na jego oddanie dwóm kobietom jego życia – każdego dnia udowadnia, że jest wspaniałym mężem i ojcem. Jestem też „na bieżąco” z życiem pozostałych chłopaków – spotykamy się regularnie, spędzamy razem przynajmniej tydzień każdych wakacji, czasem też święta – jesteśmy jak jedna, wielka rodzina. Naprawdę wielka – oprócz trójki Stylesów i  Zayna, Perrie oraz ich synka Maxa, są jeszcze Louis i jego dziewczyna Robin, Liam, Tammy i Rebel – ich szalony golden retriever, czasem dołączają też Lux, Michael i bliźniaczki – Lauren i Phoebe. No i jesteśmy jeszcze my, ale…
- Cześć, wróciłem! Przepraszam za spóźnienie, Marc wpadł do mnie z taką świetną płytą, że… - moje rozmyślania przerywa znajomy głos. – O, cześć stary, nie wiedziałem, że wpadniesz! I kogo my tu mamy, moja ulubiona chrześniaczka! – Niall wita się z przyjacielem i Bellą, po czym podchodzi i całuje mnie, wlewając w ten gest całe mnóstwo uczuć – troskę, miłość, zaufanie, pożądanie i tęsknotę. Robi tak każdego dnia, począwszy od tego feralnego dnia na lotnisku, gdy obiecał mi, że będzie mnie kochał przez kolejne tysiąc lat. Nie kłamał, mówiąc, że będzie o mnie walczył, a ja już wtedy wiedziałam, że przy nim to wszystko będzie miało sens. 

Gdy nasze usta rozłączają się, Niall klęka przede mną i przytula się do mojego dużego już brzucha. Kładzie na nim delikatnie dłoń i przykładając twarz do mojej skóry szepcze:
- Dzień dobry, księżniczko…

Bo teraz jesteśmy my. Ja, Niall i ona – nasza mała księżniczka. Już nigdy nie będę musiała uciekać. 


Koniec.


Od Autorki (po raz ostatni): 
Tak jak obiecywałam, ich historia kończy się dobrze - są szczęśliwi. Być może część z Was będzie rozczarowana takim rozwiązaniem, ale takie było planowane od samego początku, chociaż po drodze komplikowałam sprawę sobie i Wam. To wszystko celowo ;-)
Dzisiaj przeczytałam, że Escape jest nominowane do tytułu 'Wyciskacz łez' 1D Awards, jeśli chcecie zagłosować - zapraszam tutaj. Będzie mi miło, tak na zakończenie ;-)
Przy okazji chciałabym podziękować za wszystkie komentarze, wiadomości na twitterze, wszelkie pochwały i konstruktywną krytykę. Dziękuję. Pisanie dla Was było prawdziwą przyjemnością. Drugiej części nie będzie; jeśli pojawi się inne opowiadanie - dam Wam o tym tutaj znać. Jeszcze raz - dziękuję.