Escape to oryginalne opowiadanie, nie tłumaczenie.
Zawierać może sceny przeznaczone dla osób pełnoletnich - czytasz na własną odpowiedzialność.

wtorek, 29 października 2013

Rozdział 1.



Założyłam słuchawki, wpięłam je do telefonu i nasunęłam czapkę bardziej na oczy. Zbiegłam po schodach prawie równo z basem piosenki ryczącej mi w uszach, ostatnie stopnie pokonałam skokiem, lądując wraz z końcem gitarowego riffu. Gdyby tak niektóre sprawy w życiu można było przeskoczyć... – pomyślałam, jednocześnie przeglądając się w szklanych drzwiach klatki schodowej. Poprawiłam grzywkę i wyszłam w chłód listopadowego wieczoru. Stopy w znoszonych Conversach same niosły mnie wąskim chodnikiem w stronę pobliskiego sklepu całodobowego. Po drodze po raz kolejny dotarło do mnie, za co kocham Londyn – chyba w żadnym innym miejscu na świecie, niezależnie od pory dnia czy nocy, ulicami nie przewija się tylu anonimowych ludzi. Możesz być kim chcesz – tylko od ciebie zależy, na ile się ujawnisz. Tego dnia mogłam być choćby kolejną heartbreak girl, jak z piosenki 5SOS, tej, którą namiętnie wałkowałam w ostatnich dniach. 

Kolejna piosenka rozpoczęła się w momencie, gdy popchnęłam drzwi sklepu i weszłam do środka. Przez moją twarz przebiegł uśmiech, który po chwili przykryłam swoją standardową, cyniczną miną. Moja była przyjaciółka śmiała się zawsze, że mam taki wyćwiczony, cwany wyraz twarzy, jakbym była lepsza od całego świata. Dokładnie wiedziałam, co chcę kupić, dlatego od razu skierowałam się ku właściwym półkom, omijając po drodze nielicznych klientów. W koszyku wylądowały kolejno: paczka chleba tostowego, karton mleka, dwa opakowania płatków śniadaniowych i paczka papierosów o czekoladowym aromacie – jak zawsze. Generalnie nie palę, bo przecież awaryjny papieros się nie liczy? W drodze do kasy moją uwagę przykuły słoiczki z masłem orzechowym, moją małą słabością jeszcze z czasów polskiego liceum. Zatrzymałam się więc przy półce, szukając wersji crunchy – była nieporównywalnie lepsza. I zarazem bardziej kaloryczna, ale czy to istotne? Już miałam włożyć jedyny znaleziony słoik do koszyka i odejść, gdy poczułam, jak ktoś wpada na mnie z impetem. Masło orzechowe wyleciało mi z rąk, szkło rozbiło się w drobny mak, znaczący trajektorię lotu. 

- Cholera jasna, patrz, gdzie leziesz! – wydarłam się. – Ostatnie opakowanie… - tę część wymruczałam już bardziej do siebie, niż do osoby, która na mnie wpadła.
- Tak bardzo cię przepraszam! Zagapiłem się i jakoś tak… - odwróciłam głowę w kierunku, z którego dochodził ciepły, męski głos. Mój wzrok napotkał orzechowe oczy, niedbale ułożone włosy, prześlizgnął się przez szczupłą sylwetkę chłopaka i wrócił do potłuczonych marzeń o maśle orzechowym. – Może mógłbym…
- Może nie. Naucz się jednocześnie chodzić i patrzeć, to nie trudne – odparowałam, wciąż zła, i odeszłam do kasy, zostawiając zszokowanego chłopaka za sobą.
Oczywiście musiałam zapłacić za stratę, (wpisałam to sobie w nieprzewidziane koszty – każdemu się zdarza, najwyżej będę musiała na koniec miesiąca zrezygnować z jakichś zakupów), ale przynajmniej obyło się bez wścibskich spojrzeń pracowników sklepu. W Polsce to by nie przeszło. Punkt dla ciebie, Londyn – pomyślałam, zamykając za sobą drzwi do sklepu. Postanowiłam skorzystać z tego, że wyjątkowo nie pada deszcz i wrócić do domu dłuższą drogą. W sumie, ciekawszych planów na ten wieczór nie miałam. Wcisnęłam kciuki w kieszenie szarych dżinsów i ruszyłam powoli w przeciwną stronę względem tej, z której przyszłam. Uszłam może sto, sto pięćdziesiąt metrów, gdy poczułam, jak ktoś delikatnie dotyka mojego ramienia. Obróciłam się gwałtownie i zobaczyłam lekko zdyszanego chłopaka ze sklepu, w towarzystwie jakiegoś kolegi.
- Znowu ty?! – wyjęłam z uszu słuchawki. – Co jest z tobą nie tak?!
- Nie tak? Nie wiem. Jeszcze raz przepraszam. Biegnę za tobą, bo zgubiłaś to w sklepie – powiedział, wysuwając przed siebie otwartą dłoń, na której leżał mój kolczyk – srebrne anielskie skrzydło.
- O rany, dziękuję. I… przepraszam, że tak na ciebie naskoczyłam w sklepie, i teraz… - momentalnie złagodniałam. W sumie chłopakowi nie należały się takie wrzaski.
- Nie ma sprawy. A skoro już na mnie nie krzyczysz, to pozwól, że się przedstawię. Liam – uśmiechnął się, wyciągając do mnie rękę. – A to mój przyjaciel, Niall – wskazał na blondyna, dotychczas stojącego w cieniu.
- Cat – odwzajemniłam uśmiech i uścisk dwóch dłoni. Dopiero teraz miałam okazję przyjrzeć się chłopakom. Liam był nieco wyższy ode mnie, a oprócz orzechowych oczu i krótkich, roztrzepanych włosów, na które zwróciłam uwagę już w sklepie, miał seksowny, kilkudniowy zarost, znamię na szyi, podobnie jak ja nosił Conversy, tylko nieco mniej znoszone, a do tego miał ciemne dżinsy, białą koszulkę z jakimś nadrukiem i bordową bluzę. Nieźle! – pomyślałam i zaczęłam pobieżną lustrację Nialla, oczywiście, jak to miałam w zwyczaju – od butów. Szybki rzut oka na białe, idealnie czyste adidasy wystarczył, żebym sklasyfikowała go jako ‘grzecznego i ułożonego’. Zwykłe dżinsy, biało-niebieska ‘akademicka’ koszulka z długim rękawem, rozwichrzone blond włosy, nieco schowane pod czapką z daszkiem – w zasadzie nic szczególnego. Dopiero jego twarz przykuła moją uwagę – nieco dziecięca, wykrzywiona w uroczym uśmiechu. I wielkie, niebieskie, ufne oczy. W starych czasach pewnie ugięłyby się pode mną kolana – nowa ja musiała udawać obojętność.
- Miło nam cię poznać, Cat. Pozwól, że się upewnię – Cat jak kot? – teraz odezwał się Niall. Miał charakterystyczny akcent – nie byłam pewna, ale obstawiałam Irlandię.
- Tak, dokładnie tak – Nie jest to moje prawdziwe imię, ale odkąd zamieszkałam w Londynie, właśnie tak się przedstawiałam, unikając tym samym tłumaczenia, jakim cudem mam taki akcent, skoro nie jestem Angielką. 
– Mi, w ostatecznym rozrachunku, też bardzo miło was poznać. Fajny snapback! – uśmiechnęłam się do blondyna, któremu na te słowa rozjaśniły się oczy (o ile to w ogóle było jeszcze możliwe – miałam wrażenie, że latarnie wstydzą się przy jego spojrzeniu świecić…).
- No ładnie, Nialler, odchodzę na dwie sekundy, a ty już wywołałeś czyjś uśmiech. Jesteś niemożliwy! – do rozmowy ponownie włączył się Liam. Faktycznie, nawet nie zauważyłam, że na sekundę odszedł – sądząc po telefonie, który chował do kieszeni, pewnie z kimś rozmawiał. 
– Niestety, musisz przerwać swój magiczny wpływ na ludzi, Paul dzwonił – mamy wracać, coś się dzieje. Cat, bardzo mi przykro, że nie mogę cię nawet odprowadzić do domu, ale może w ramach rekompensaty za ten incydent w sklepie dasz się zaprosić na kawę? Proszę, mój numer. Napisz, zadzwoń, o każdej porze dnia i nocy. Do zobaczenia, mam nadzieję! – popatrzył mi w oczy, obrócił się na pięcie i pobiegł w stronę sklepu. Niall pomachał mi i również oddalił się biegiem. Zostałam sama na londyńskim chodniku, z karteczką w dłoni, na której, oprócz ciągu cyfr znalazło się imię Liama i dopisek ‘I’m rly sorry!’. Nieco machinalnie wróciłam do mieszkania, w lustrze windy rejestrując dawno nie widziany uśmiech.

12 komentarzy:

  1. Od samego początku do samego końca miałam uśmiech na twarzy. Naprawdę. A że dziś jest tak pochmurno i szaro, to ten krótki wstęp do całej historii wydaje się być idealnym poprawiaczem humoru. No i niebieskooki Niall. Jejciu.
    Rozbicie jedynego słoiczka masła orzechowego i to w wersji crunchy? Zbrodnia! Jak on mógł? Dobrze, że chociaż pobiegli za nią z tym kolczykiem i będzie dalszy ciąg ich znajomości, w końcu z takie przewinienie trzeba słono zapłacić! :)
    Z niecierpliwością oczekuję na więcej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I jeszcze mi powiedz, że PIERWSZY DZIEWICZY komentarz na tym blogu należy do mnie?! Yaaaaaaaay! :))

      Usuń
    2. Tak, pierwszy dziewiczy komentarz jest Twój, czuj się matką chrzestną bloga :D

      Jeśli ja bym w ten sposób straciła ostatnie masło orzechowe, żadna znajomość nie wchodziłaby w grę. Jak można, masło?! Masełko?! Crunchy?! :D
      Natomiast niebieskooki Niall to taki mój poprawiacz humoru na każdy dzień :)

      Usuń
    3. Weeeeee, mój pierwszy chrześniak! Chociaż nie radzę sobie najlepiej z dziećmi, to mam nadzieję, że jako chrzestna nie zawiodę go za bardzo :D

      Usuń
    4. Myślę, że taką chrzestną chciałoby mieć każde literackie dziecko : )

      Usuń
  2. I pomyśleć, że to ja Cię namówiłam do założenia tego bloga ♥ Co mam napisać, oczywiście wiesz, że ubóstwiam Twój styl pisania i mogę tylko powiedzieć, że czekam na następny rozdział x

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Angie, wygląda na to, że dobrze zrobiłaś :D Następny niedługo, jutro/pojutrze :)

      Usuń
  3. To trochę nie moj styl. Świetnie piszesz, ale jest dużo takich blogów nie zniechęcaj sie oczywiście;-)
    Kc <333

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Początek wydaje się być podobny do innych, ale jeśli zdecydujesz się zostać i poczekać na rozwój wydarzeń, możesz być zaskoczona :)

      Usuń
  4. Swietnie piszesz mam nadzieje że nie skończysz tego ale raczej widząć jest juz 21 rodzialow i niezamierzasz skonczyć? poprostu to jest idealne jestem chora cały dzień siedze i się smutam a tu takie cos i jestem najszczesliwsza osoobą xx

    OdpowiedzUsuń
  5. Woow.. Świetny styl pisania. Fajnie się zaczyna.

    OdpowiedzUsuń
  6. fajnie czytam dalje !

    OdpowiedzUsuń