Escape to oryginalne opowiadanie, nie tłumaczenie.
Zawierać może sceny przeznaczone dla osób pełnoletnich - czytasz na własną odpowiedzialność.

środa, 30 października 2013

Rozdział 2.

Zasunęłam ciężkie, metalowe drzwi, założyłam blokadę i zapaliłam światło w kuchni. Osoba, która urządzała to mieszkanie musiała mieć naprawdę dobry gust – kuchnia była jasna, utrzymana w bieli i szarości, które miejscami przełamane były czerwonymi akcentami, a centralne miejsce zajmował biały, lakierowany blat. Przylegająca do kuchni sypialnia również nie emanowała kolorami – można by powiedzieć, że ktoś naoglądał się czarno-białych filmów – tu również prym wiodły biel, szarość i czerń. Pasowało mi to – mogłam zmieniać charakter pomieszczeń wyłącznie przy pomocy dodatków, choćby teraz – stertą limonkowych i różowych poduszek na wielkim, małżeńskim łóżku. Marzyłam o takim od zawsze, ale oczywiście w moim polskim pokoju, a raczej: polskiej klitce, nie było na nie miejsca.

Karteczka od Liama dołączyła do sterty papierów na biurku, a ja włączyłam radio, zsunęłam trampki i usiadłam na kuchennym blacie. Kolejna rzecz, której we własnym mieszkaniu nikt mi nie zabraniał. Obiecałam sobie, że spalę jednego papierosa i wezmę się za porządki. Ostatnie dwa tygodnie były bardzo pracowite, więc nie miałam czasu nawet pobieżnie posprzątać, ale miałam dość potykania się o kartony po pizzy na telefon, wolny wieczór i całkiem sporo energii. Trzy godziny później znów usiadłam na blacie, w poczuciu dobrze wykonanego zadania. Lubiłam tę satysfakcję, lubiłam udowadniać sobie i innym, że dam radę. Dochodziła północ, w łazience cicho mruczała pralka, radio właśnie kończyło audycję, a ja marzyłam już tylko o pójściu spać. Wzięłam szybki prysznic, rozwiesiłam mokre ubrania i dwie minuty później spałam już w najlepsze. 

Kolejne dwa dni minęły jak mrugnięcie powieką. Musiałam skończyć edytorial dla magazynu, z którym współpracowałam, więc w towarzystwie wysłużonego laptopa, hektolitrów kawy i napojów energetycznych różnej maści oddałam się pracy. Gdy w końcu po 48 godzinach edycji zdjęć wysłałam gotowy materiał do wydawnictwa i zamknęłam laptopa, poczułam przemożną chęć spotkania się z kimś. Moje londyńskie kontakty towarzyskie nie były bardzo rozbudowane – w telefonie zapisanych miałam sześć numerów: do Mii - sekretarki w agencji fotograficznej, Lux – koleżanki po fachu i najbliższej mi osoby w Anglii, do lokalnej pizzerii i korporacji taksówkarskiej oraz dwa polskie numery: mamy i Marcina, wieloletniego przyjaciela. Szybki rzut oka na zegarek wykluczył telefon do Lux – była 18.00, więc dziewczyna była jeszcze w pracy albo już z narzeczonym, a ja nie chciałam zakłócać im sielanki. Wtem przypomniało mi się spotkanie z Liamem. Cóż, mówił, że o każdej porze. No to sprawdźmy -  pomyślałam, przeszukując kartki zalegające na biurku. Odblokowałam ekran, wpisałam numer, wystukałam krótkie: ‘Kawa aktualna?’, a już po chwili ćwierkanie komórki poinformowało mnie o wiadomości przychodzącej: ‘Za godzinę, kawiarnia na New Road?: )’. Już miałam odpisać, że nie odpowiada się pytaniem na pytanie, ale wysłałam tylko ‘OK’ i stanęłam przed szafą. Nie miałam wiele czasu na decyzję, ale przecież szłam tylko na kawę – odpuściłam sobie strojenie się. Podskakując, dopięłam ulubione dżinsy, wciągnęłam przez głowę koszulkę z logiem zespołu Ramones i wsunęłam stopy w trampki. Całości dopełniła skórzana kurtka z ćwiekami i jaskrawożółta czapka typu beanie, jedna z wielu w mojej kolekcji. Wyszczotkowałam zęby, przygładziłam długie, brązowe włosy, wytuszowałam rzęsy i jak zawsze – ze słuchawkami w uszach, w ostatniej chwili wybiegłam z domu. 

Drogę na New Road po kilku miesiącach spędzonych w Londynie mogłabym pokonać z zamkniętymi oczami, jednak nie byłam pewna, gdzie szukać tej kawiarni – przy głównej trasie moich spacerów nie było żadnej kafejki, ale podejrzewałam, że kryje się gdzieś w podwórku. Faktycznie, po chwili poszukiwań znalazłam malutką kawiarenkę, urządzoną na wzór paryski, schowaną za jakimś urzędem. O tej porze nie było tłumów, toteż bez trudu wypatrzyłam znajomą sylwetkę Liama. Siedział tyłem do drzwi, miałam więc okazję, żeby przyjrzeć się mu, pozostając niezauważoną. Spodziewałam się, że zobaczę chłopaka w bluzie i koszulce, jak przy naszym ostatnim spotkaniu, jednak byłam miło zaskoczona widząc przed sobą młodego mężczyznę, w granatowej, dopasowanej koszuli, ciemnych dżinsach i eleganckich butach. W myślach zgromiłam się za mój strój, miałam już nawet pomysł, by wyjść i wysłać mu smsa, że nie dam rady dotrzeć, ale w tym momencie obejrzał się, a na mój widok jego twarz rozjaśnił czarujący uśmiech. Odwzajemniłam uśmiech i ruszyłam w stronę stolika. Liam zerwał się z krzesła, powitał mnie delikatnym pocałunkiem w policzek i pomógł mi zdjąć ramoneskę. Byłam pod wrażeniem jego zachowania – rzadko się zdarza, żeby w XXI wieku ktoś miał takie podejście do dziewczyn.
- Cieszę się, że napisałaś – pierwszy odezwał się Liam. Miałam wrażenie, że był szczerze zadowolony z naszego spotkania.
- Musiałam wyrwać się z trybu zombie, wydawałeś się być miłą odmianą od komputera.
- Postaram się, żebyś nie zmieniła zdania – uśmiechnął się. – To może zacznijmy od tego – powiedział, podając mi małą, ozdobną torebkę.
- Co to? – zapytałam podejrzliwie.
- Zajrzyj – Liam wciąż uśmiechał się spokojnie.
- No nie… Skąd wiedziałeś?! – byłam zdziwiona, widząc w torebce… słoik masła orzechowego, w dodatku w wersji crunchy!
- Cóż, może nie mam sokolego wzroku i czasem zdarzy mi się na kogoś wpaść, ale za to słuch mam pierwszej kategorii – słyszałem, że to było ostatnie opakowanie, postanowiłem więc, że jakoś ci zrekompensuję tę stratę – odpowiedział chłopak, wpatrując się we mnie rozbawionymi, orzechowymi oczami. – Czego się napijesz?
- Może być czekoladowa mocha. Zresztą, poczekaj, pójdę sama – gestem wskazałam Liamowi, żeby nie wstawał. Nie chciałam, by za mnie płacił, więc sama podeszłam do kontuaru. Wracając do stolika, zauważyłam, że chłopak bezczelnie założył sobie moje słuchawki i przegląda moją listę odtwarzania.
- Wybacz, to takie zboczenie, lubię wiedzieć, czego słuchają ludzie, których spotykam – zmitygował się, oddając mi moją własność. – 5 Seconds of Summer? Myślałem, że nikt oprócz mnie ich nie zna!
- No, ja też tak myślałam – nie są bardzo popularni – byłam zaskoczona słysząc, że oboje słuchamy mało znanej, australijskiej grupy. – To, Panie Ciekawski, czym się zajmujesz, oprócz przeglądania ludziom odtwarzaczy?
- Jakby to ująć… Troszkę muzykuję – Liam nieco się zawahał. – A ty, co robisz w życiu, poza wydzieraniem się na niewinnych ludzi?
- Hej, przecież przeprosiłam! Jakby to ująć… - spojrzałam znacząco na chłopaka. – Studiowałam prawo, ale rzuciłam to. Odwróciłam życie o 180 stopni, przyjechałam do Londynu, robię to, co kocham.

8 komentarzy:

  1. LIAM :3333333333333333333333 mieć takiego chłopca, to jak wygrać los na loterii! Czułam, że to będzie masło orzechowe, no czułam :D
    I jeszcze moje pięć sosów, ah!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przydałby mi się taki, ale życie to niestety nie fanfik ;c
      Sosy/sosi się jeszcze pojawią, co prawda nie w osobie Luke'a, ale zawsze :D

      Usuń
    2. Zdradzę Ci tajemnicę - nie lubię czytać o Lucasie, więc się cieszę :D

      Usuń
  2. równie niesamowity rozdział, co pierwszy! ♥

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny fajnie się czyta czekam na następny :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Baardzo dobrze się czyta :) Masz plusa za masło orzechowe xD

    OdpowiedzUsuń
  5. o kurcze :D genialne opowiadanie ^^ a na dodatek już od 1 rozdziału pojawia się 5SOS więc śmiało mogę napisać że jestem wniebowzięta <3

    OdpowiedzUsuń