Escape to oryginalne opowiadanie, nie tłumaczenie.
Zawierać może sceny przeznaczone dla osób pełnoletnich - czytasz na własną odpowiedzialność.

czwartek, 31 października 2013

Rozdział 3.

Kolejne minuty w towarzystwie Liama mijały błyskawicznie. Popijaliśmy kawę, rozmawialiśmy, milczeliśmy, żartowaliśmy – jakbyśmy znali się lata. Straciliśmy poczucie czasu do tego stopnia, że dopiero gdy podeszła do nas kelnerka, mówiąc, że chcieliby już zamknąć kawiarnię, zorientowaliśmy się, że minęło prawie pięć godzin. Szybko zebraliśmy swoje rzeczy i opuściliśmy lokal. Liam uparł się, jak na dżentelmena przystało, że odprowadzi mnie do domu, ale gdy odeszliśmy kilka kroków od kawiarni, zadzwonił jego telefon.
- Przepraszam, muszę odebrać – powiedział, ale nie zatrzymał się na czas rozmowy, tylko nadal szedł obok. – Tak? Na ulicy. No normalnie, na ulicy. Nie, pamiętam. Teraz? No dobra, dobra, lecę. Cat, naprawdę bardzo cię przepraszam, ale nie będę mógł cię jednak odprowadzić do domu… - ostatnie zdanie skierował już do mnie.
- Jasne, rozumiem. Wiesz, może nie widać, ale jestem dużą dziewczynką, trafię – odpowiedziałam z uśmiechem, jednocześnie zastanawiając się, dlaczego zawsze tak szybko znika po odebraniu telefonu.
- Wiem, ale będę się o ciebie martwił. Zwłaszcza, że teraz muszę na kilka dni wyjechać z Londynu. Mogę napisać, albo zadzwonić? – Liam popatrzył mi głęboko w oczy, sprawiając, że po moim ciele zaczęło rozlewać się przyjemne ciepło. Dziewczyno, ogarnij się! Widzisz go drugi raz w życiu i prawie mdlejesz! – nakazałam sobie w myśli, a w odpowiedzi na pytanie Liama skinęłam głową. Chłopak ponownie pochylił się nade mną, odgarnął mi grzywkę z oczu i delikatnie pocałował w policzek, tym razem na pożegnanie. Odszedł kilka kroków, a ja usłyszałam swój głos:
- Liam?
- Tak? – obrócił się natychmiast.
- Nie żałuję, że porzuciłam dziś komputer dla ciebie – uśmiechnęłam się, nawiązując do początku naszej rozmowy. Towarzysz mojego wieczoru skłonił się teatralnie i zniknął w mroku. 

Po drodze do domu zastanawiałam się nad wszystkim, co działo się od mojego przyjazdu do Anglii. Ostatnie miesiące obfitowały w tak dziwne sploty wydarzeń, że chyba tylko jakiś naprawdę pokręcony pisarz mógłby wpaść na taki scenariusz – pomyśleć, że wszystko zaczęło się od niewinnej kłótni z matką, o niewyrzucone śmieci. Potem działo się już szybko – groźby wyprowadzki, pomieszkiwanie kątem u Marcina, pamiętna impreza, dużo rozbitych butelek, dużo łez wylanych nad szklanką whisky, wiosenne noce spędzone na dachu. Kilka niewypowiedzianych słów, które przeważyły nad tym, co zostało wypowiedziane. W końcu bilet lotniczy w jedną stronę, kupiony on-line pod znacznym wpływem mieszanki alkoholowo-farmaceutycznej. I tak, we wrześniu, zamiast przygotowywać się do trzeciego semestru studiów, wylądowałam na Gatwick. Wyszłam z terminala z niewielką walizką, plecakiem ze sprzętem, oszczędnościami mającymi wystarczyć na miesiąc, słuchawkami w uszach i z jednym marzeniem w głowie: uwolnić się. Nie było prosto zacząć – poranki w obskurnym hostelu nie należały do przyjemności, ale przynajmniej nie lało mi się na głowę; dziesiątki razy słyszałam: „Nie, dziękujemy. Dobre portfolio, ale nie mamy teraz zapotrzebowania na takie zdjęcia. Nie, po prostu nie.”, dziesiątki razy miałam ochotę rzucić to wszystko w diabły. Ale nigdy nie zapragnęłam wrócić. Nie byłam z tych – kiedy mówiłam a, mówiłam też b. A to, z jakimi konsekwencjami się to wiązało, musiałam przeboleć. 

Pod koniec września, po kolejnej odmowie, wylądowałam w jakimś pubie. Trzecie piwo lekko zaszumiało mi w głowie, rozmazało obraz i pozwoliło zebrać się na odwagę. Podeszłam do dziewczyny siedzącej przy barze, powiedziałam, że zajmuję się fotografią i chciałabym zrobić jej kilka zdjęć. O dziwo, nie odmówiła. Tydzień później pracowałam z Dianne na planie sesji, która okazała się wielkim sukcesem, zarówno dla mnie, jak i dla niej – mnie zauważyła agencja fotograficzna, ona zdobić miała okładkę magazynu modowego. Mieszkanie „znalazło się samo” – znajoma przyjaciółki Dianne postanowiła pozbyć się zajmowanego dotąd lokum. W połowie października miałam już podpisany dwuletni kontrakt z agencją, mieszkanie na własność, ulubioną drogę do sklepu, kilka znajomych ulic i co najlepsze – oczekiwaną wolność. Nie była tak słodka, jak się spodziewałam. Smakowała raczej łzami porażki, pojedynczymi promykami słońca, dumą i samotnością. Marcin początkowo nie akceptował mojego wyjazdu – nie odprowadził mnie nawet na lotnisko.  Z czasem zrozumiał, że zrobiłam to, co było dla mnie najlepsze; znów zaczął pisać do mnie długie maile, wróciliśmy do rozmów na Skype. Zawsze taki był – mógł nie rozumieć moich wyborów, ale je szanował. 
Zamyślona, nie zorientowałam się nawet, kiedy dotarłam pod drzwi wejściowe do klatki. Szybko odgoniłam wspomnienia, obiecując sobie jednocześnie, że znajdę czas, by odezwać się do przyjaciela – zasługiwał na to. Wjechałam windą na ostatnie piętro, weszłam do mieszkania i w ubraniu padłam na łóżko.

Poranek zastał mnie w kuchni. Siedziałam na blacie, machając bosymi stopami w rytm jakiejś popowej piosenki ryczącej z telewizora. Złapałam się na tym, że podśpiewuję bzdurny refren do kubka z jogurtem. Nie można powiedzieć, że to było normalne. Zeskoczyłam z blatu, opłukałam kubek po kawie i umościłam się na łóżku przed telewizorem. Postanowiłam poświęcić wolny piątek na nadrobienie wszystkich zaległości, a na pierwszym miejscu listy była rozmowa na Skype z Marcinem. Uśmiechnęłam się szeroko, widząc na ekranie jego rozespaną twarz.
- No cześć, M! – pomachałam w stronę telewizora.
- Cześć, wariatko. Jak słowo daję, zamorduję cię za te pobudki. Co słychać? – odpowiedział Marcin, przecierając oczy.
- Wszystko w normie. Wiesz, do kitu, ale stabilnie. Oddałam ten edytorial, mam teraz kilka dni wolnego przed następnym zleceniem. Kurczę, naprawdę kocham to robić.
- Wiem, widać po tobie. Ale nie wmówisz mi, że tylko pracujesz.
- A żebyś wiedział! Pracuję. I śpię. I czasami chodzę do… O, poczekaj, dostałam sms-a – telefon ćwierkaniem poinformował mnie o nowej wiadomości. Spojrzałam na ekran i mało brakło, bym wybuchła śmiechem. Dzień dobry, duża dziewczynko! Przez wczorajszą kawę nie mogłem spać. A może to nie wina kawy… – głosił sms od Liama.
- Hej, czy ty… Chichoczesz?! – Marcin był zaniepokojony.
- Tak jakby. Chyba ktoś przeze mnie się dziś nie wyspał – zaśmiałam się ponownie.
- O, nie tylko ja? Opowiadaj!
- No, poznałam takiego chłopaka… Dosłownie, to on na mnie wpadł. No nie śmiej się, poważnie. Wytrącił mi z ręki ostatnie chrupiące masło orzechowe i potem…

4 komentarze:

  1. z niecierpliwością czekam na następny :3

    OdpowiedzUsuń
  2. Powtórzę się, ale ... Liam jest idealny.
    Chcę takiego, jak mi Luke nie będzie dał się porwać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. uprzedzę trochę wypadki i powiem, że Liam nie zawsze będzie idealny :D
      okej, ale mam pierwszeństwo! :D Chociaż ja będę w pierwszej kolejności polowała na Horana. ♥

      Usuń
    2. Nie no, zakładam, że uda mi się porwanie Luke'a, a Liam to daleki plan awaryjny.

      Usuń