Escape to oryginalne opowiadanie, nie tłumaczenie.
Zawierać może sceny przeznaczone dla osób pełnoletnich - czytasz na własną odpowiedzialność.

środa, 19 lutego 2014

Rozdział 45.

Gdyby ktoś zaoferował mi gumkę wymazującą życie, skorzystałabym bez wahania, by usunąć kolejne cztery dni ze swojej pamięci. Każdy z nich wyglądał tak samo i tylko cienie przedmiotów stojących na parapecie, rzucane przez słońce lub księżyc na podłogę, pozwalały mi odróżnić pory dnia. Nieszczególnie mnie jednak one obchodziły, moją najlepszą przyjaciółką stała się apatia. Każdego dnia od świtu do zmierzchu siedziałam skulona na łóżku, ciasno obejmując kolana ramionami, z chorym przeświadczeniem, że jeśli puszczę, rozpadnę się fizycznie. Niall nie odstępował mnie na krok, odkąd przywiózł mnie do mieszkania i wniósł na piętro. Każdego poranka przynosił mi śniadanie, które po godzinie wynosił nietknięte do kuchni, krzątał się po mieszkaniu, potem siadał w kuchni i szeptem zdawał relację Harry’emu z kolejnych godzin mojego niebytu. Przygotowywał obiad, który dzielił los śniadania, wyłączał moją komórkę, gdy dzwonił Liam, poprawiał mi kołdrę i głaskał po włosach, włączał jakieś filmy, żebym nie musiała wpatrywać się w sufit, ale nie umiałam skupić na nich uwagi. Siadał obok mnie na łóżku i opowiadał jakieś głupoty, tylko po to, żeby mnie rozproszyć, a ja nie mogłam zmusić się nawet do uśmiechu, nie mówiąc już o wykrztuszeniu chociaż słowa. W nocy nie pozwalał mi spać palący ból w klatce piersiowej, tak realny, że odbierał mi oddech, o który nie miałam sił walczyć. Wątpiłam, czy w ogóle walka o niego ma jakiś sens, skoro w środku i tak umarłam. Moje serce leżało rozbite na miliard wrzeszczących z bólu kawałeczków na podłodze w pokoju Liama, a przecież życie bez serca nie jest możliwe.
Piątego dnia coś we mnie pękło. Zmusiłam się, żeby wstać z łóżka, zanim jeszcze Niall przyjedzie i przygotuje śniadanie, umyć włosy i w końcu zmienić cuchnące, poplamione dresy na coś normalnego. Założyłam czarne dżinsy, luźną szarą koszulkę i zabrałam się za przygotowanie kawy i tostów dla siebie i Horana. Ledwie zdążyłam usiąść przy stole, wszedł, niosąc ze sobą dużą, kremową kopertę, zaadresowaną na moje nazwisko. Położył ją na stole, a jego twarz rozjaśnił uśmiech, gdy zauważył, że jestem ubrana, w końcu wykąpana i jakimś cudem nie wgapiam się tępo w ścianę. Odruchowo chwyciłam go za rękę i podniosłam się z krzesła.
- Dziękuję… Za wszystko – uśmiechnęłam się słabo.
- Nie musisz dziękować, wiesz, że zrobię dla ciebie wszystko – odpowiedział Niall i przyciągnął mnie do siebie. Objęłam go w talii i przytuliłam policzek do jego klatki piersiowej, wdychając zapachową mieszankę jego perfum i płynu do płukania. Jakkolwiek irracjonalne by to nie było, czułam się spokojna i „na miejscu”, tak, jakby Niall był dla mnie ostatnim bastionem bezpieczeństwa. Gdyby nie on, pewnie już dawno bym się poddała.
- A ty wiesz, że to doceniam – stanęłam na palcach, by pocałować go w policzek. Zarumienił się lekko i zmierzwił mi włosy. – Co to za list? – zapytałam, by zmienić temat.
- Nie wiem, odebrałem go od kuriera na dole. Sprawdź sama – uśmiechnął się i wypuścił mnie z objęć, bym mogła otworzyć przesyłkę. Podejrzewałam, co jest w środku, dlatego dłonie zaczęły mi niekontrolowanie drżeć. Moje obawy potwierdziły się, gdy na idealnie złożonej kartce zobaczyłam nagłówek z adresem kliniki, w której leżałam miesiąc wcześniej. Mieszanina słów, z których lwią część stanowiły jakieś zwroty łacińskie, które wpisywali tam chyba tylko po to, żeby wprowadzić większy mętlik, wskazywała jednoznacznie: nie miałam anemii. To byłby powód do radości. Rzecz jasna, gdyby diagnoza nie brzmiała kurewsko gorzej: myelosis leukaemica acuta, co w języku śmiertelników posługujących się angielskim brzmiało: ostra białaczka szpikowa. W kolejnym akapicie było coś na temat terapii, o jakichś cytostykach, ale oczy zaszły mi mgłą i nie byłam w stanie dobrnąć do końca.
- I co, co to jest? – zapytał Niall, taktownie powstrzymując się od zaglądania mi przez ramię. Musiał jednak wyczytać z mojej twarzy, że coś jest nie tak, więc wymusiłam lekki uśmiech i udawanym do bólu radosnym tonem wykrztusiłam:
- Papiery z kliniki, piszą, że nic mi nie jest. Przepraszam cię na chwilę… - mówiąc to, schowałam list do koperty i uciekłam przed czujnym spojrzeniem przyjaciela do łazienki. Stanęłam przed lustrem i przyglądałam się swojemu odbiciu. Nie wyglądałam na chorą. No dobrze, byłam może nieco bledsza niż zwykle, miałam podkrążone oczy, ale to przecież równie dobrze mogła być wina nieprzespanych nocy… Oparłam się dłońmi o zimną powierzchnię lustra i zaczął targać mną bezgłośny śmiech. Jak dotąd wygrywałam ze wszystkim, a okazuje się, że zabijam się sama, to zabijało mnie od środka. Byłam ciekawa, ile czasu mi jeszcze zostało. Rok? Może pół? A może nie zdążę wyjść z tej łazienki? Nie, miałam nadzieję, że nie – nie chciałam, by Niall musiał wynosić z niej moje ciało. I w sumie głupio byłoby umrzeć w tak mało wyjściowych ciuchach… Cała ja, ironią przykrywałam strach; wolałam śmiać się z umierania, niż przyznać się, że się tego boję. Ochlapałam twarz zimną wodą i delikatnie osuszyłam ją ręcznikiem. Musiałam wyjść do Nialla i nie dać po sobie poznać, że coś jest nie tak.
Siedział w tym samym miejscu, w którym był, gdy wychodziłam. W zamyśleniu przygryzał paznokieć, więc przechodząc pacnęłam go w rękę, by przestał. Posłał mi nerwowy uśmiech i zaczął bawić się leżącą przed nim łyżeczką.
- Niall? Czy ty możesz łaskawie zostawić wyposażenie mojej kuchni w spokoju? – zapytałam z uśmiechem.
- Tak, jasne, wybacz – blondyn odłożył łyżeczkę na stół i po chwili ciszy zapytał: - Co dziś robimy?
- Nie wiem… W sumie mam już dość siedzenia w tym mieszkaniu, ale z drugiej strony nie chcę się z nikim spotykać… Nie wiem – powtórzyłam i wzruszyłam ramionami. Niall przez chwilę zastanawiał się nad czymś, po czym podniósł głowę, popatrzył mi w oczy i uśmiechnął się.
- Ubieraj się, mam pomysł.

***

Niall zaparkował w wąskiej uliczce prowadzącej, jak sądziłam, donikąd. Obszedł samochód, pomógł mi wysiąść i objął mnie ramieniem, gdy szliśmy w stronę naszego celu. Część Londynu, w której byliśmy, nie należała do tych bardzo uczęszczanych, podczas kilkunastominutowego spaceru minęliśmy tylko jedną starszą panią z psem, która życzyła nam miłego dnia i powiedziała, że jesteśmy piękną parą. Uśmiechnęliśmy się oboje w odpowiedzi – nie było sensu wyprowadzać jej z błędu. W końcu chłopak przystanął przed żeliwną bramą i popchnął ją, bym przejść dalej. Rozejrzałam się w zachwycie dookoła – chłopak przyprowadził mnie na opuszczony plac zabaw, ze wszystkich stron otoczony krzewami róż. Był początek marca, więc nie kwitły, ale domyślałam się, że latem to miejsce musi wyglądać niesamowicie. Na środku niewielkiego placu stały dwie huśtawki, oprócz nich w jednym z rogów znajdowała się pordzewiała karuzela. Obracałam się dookoła własnej osi, z szeroko rozłożonymi rękami,  wpatrzona w niebo z nadzieją, jak dziecko. Niall w pierwszej chwili zaczął się ze mnie śmiać, ale po chwili dołączył do mnie i też zaczął wirować.
- Jak znalazłeś to miejsce? – zapytałam, gdy zdyszani usiedliśmy na huśtawkach. Odepchnęłam się lekko od ziemi, uginając kolana. Zawsze lubiłam się huśtać – unoszenie się w ten sposób nad ziemią było dla mnie od dziecka substytutem latania, jakąś malutką namiastką upragnionej wolności.
- Przypadkiem. Kiedyś kręciliśmy teledysk niedaleko, wracając z planu trochę zabłądziłem i wylądowałem tutaj. Fajne miejsce, jeśli chce się chociaż na chwilę uciec od świata. Latem te wszystkie krzewy kwitną, wygląda niesamowicie, musiałabyś to zobaczyć! – wskazał ręką na róże, którym wcześniej się przypatrywałam i potwierdził moje przypuszczenia.
- Domyślam się… Dziękuję, że mnie tu zabrałeś – uśmiechnęłam się do siedzącego na drugiej huśtawce chłopaka i ponownie odepchnęłam od ziemi.
- Daj spokój, to nic wielkiego. Pohuśtać cię? – zapytał i podszedł do mnie z tyłu. Kiwnęłam głową na potwierdzenie, a Niall delikatnie popchnął huśtawkę, wprawiając ją w ruch. Z każdym jego pchnięciem wzbijałam się wyżej, stopami niemal sięgając błękitnego nieba. To zdecydowanie była jedna z najlepszych chwil w ostatnich dniach; mogłam zostawić za bramą te wszystkie problemy, chorobę, zdradę mojego chłopaka, i po prostu cieszyć się chwilą, towarzystwem Nialla i tym łaskoczącym uczuciem w brzuchu, gdy wzlatywałam coraz wyżej.
- Chodź, pokażę ci coś jeszcze – chłopak uśmiechnął się tajemniczo, gdy zatrzymał huśtawkę. Podał mi rękę, a ja z wahaniem wsunęłam swoją dłoń w jego i dałam się zaprowadzić w przeciwległy względem karuzeli róg mini-parku.
- Ciekawe, czy to tu jeszcze jest… - mamrotał pod nosem chłopak, szukając czegoś w plątaninie gałązek z pączkującymi listkami. Wytężyłam wzrok, ale nie zauważyłam niczego, czego mógł szukać.
- Jest! – zawołał z dumą i wyciągnął z krzaków drabinkę.
- Co to tutaj robi?! – zapytałam zdumiona.
- Nie domyślasz się? – w niebieskich tęczówkach Horana zobaczyłam błysk rozbawienia.
- Tak się składa, że nie.
- No to się rozejrzyj – uniósł brwi i uśmiechnął się szeroko. Zrobiłam to, co kazał, ale dalej nie rozumiałam, po co komu schowana w krzakach drabina. Za mną stało tylko wielkie drzewo.
- Nic nie widzę! – zrobiłam smutną minkę i splotłam ręce na piersi.
- Nie wszystko można dostrzec od razu, czasem trzeba się przyjrzeć dokładniej. Poszukać tego, co jest ukryte, spojrzeć z dystansu – odpowiedział tajemniczo Niall, a wyraz jego twarzy sugerował, że nie mówi tylko o moich nieudolnych poszukiwaniach. Gdy mimo dalszego rozglądania się nie udało mi się znaleźć celu, stanął za mną i, kładąc mi dłonie w talii, obrócił mnie tak, że stanęłam dokładnie na przeciwko pnia drzewa.
- Dwa kroki w tyłu – usłyszałam cichy głos przyjaciela. Cofnęłam się zgodnie z instrukcją, a wtedy on pokazał palcem coś nad nami. Dopiero, gdy podążyłam wzrokiem w kierunku, który wskazywał, zauważyłam obiekt poszukiwań. Na szerokim konarze zbudowany był malutki domek na drzewie, jak z dziecięcych bajek. Otworzyłam usta w zdumieniu, a Niall wykorzystał chwilę mojej nieuwagi, żeby połaskotać mnie pod żebrami i uciec ze śmiechem. Przez chwilę goniłam go dookoła drzewa, ale w końcu dostałam napadu duszności i zatrzymałam się, opierając ręce na kolanach.
- Cat? W porządku? – Niall natychmiast znalazł się obok, podtrzymując mnie opiekuńczo.
- Tak, tylko wyszłam z formy! Przecież nie umieram! – odpowiedziałam, szturchając go w ramię. Jeszcze! - dodałam w myślach.
- Okej. Chodź, zobaczysz, co jest na górze – chłopak pociągnął mnie w stronę drabiny. Poprosił, żebym poczekała na dole, aż wejdzie, bo nie był pewny, w jakim stanie jest drabina i drewniana podłoga, ale po chwili krzyknął z góry, że mogę śmiało wchodzić. Ostrożnie pokonałam kilka stopni i zajrzałam do środka domku. W środku był tylko malutki stolik i stara, zniszczona kanapa, ale poczułam się jak w bajce – chyba każdy w dzieciństwie marzył o tym, by mieć takie miejsce. Podczas, gdy ja podziwiałam widok za prowizoryczną szybą z pleksi, Niall zajął się wypakowywaniem czegoś z plecaka. Obróciłam się na jego prośbę i zobaczyłam, że na stoliku ułożył kilka paczek ciastek, a do czerwonych, plastikowych kubków rozlał przyniesione w termosie kakao, które musiał zrobić, gdy przygotowywałam się do wyjścia.
- Pani wybaczy, że nie mam porcelany, a wnętrze to ubogim jest… - skłonił się żartobliwie, podając mi mój kubek.
- Nieważne, jest idealnie! – posłałam mu całusa w powietrzu i upiłam łyk kakao. Naprawdę było idealnie.

***
- Dobrze się dziś bawiłam, dziękuję – uśmiechnęłam się zupełnie szczerze i wyciągnęłam ręce, by przytulić Nialla. Ponownie siedzieliśmy w mojej kuchni, obserwując przez okno, jak słońce chowa się za dachami budynków; po raz pierwszy od tamtego wieczoru czułam się znów na poły szczęśliwa.
- Ja też. Cieszę się, że jesteś w lepszym nastroju. Naprawdę nie mogę uwierzyć, że Liam mógł zrobić ci coś takiego… - pokręcił głową chłopak i otoczył mnie ramionami.
- Niall… Nie, proszę… Nie mówmy o tym – zaprotestowałam gwałtownie, zanim tamten obraz mógłby znów zawładnąć moją świadomością.
- Przepraszam. Ale Cat… Muszę ci coś powiedzieć, to ważne – po minie Nialla widziałam, że bije się z myślami i nie wie, jak ubrać je w słowa. Wysunęłam się z jego objęć i usiadłam na krześle naprzeciwko niego. Ujął moje dłonie w swoje i po chwili namysłu zaczął:
- Cat… Musisz wiedzieć, że cię okłamałem.
- Co?! – poczułam, jak cała drętwieję, a krew zamarza mi w żyłach. Nie, to nie mogła być prawda. Każdy, ale nie on. Nie Niall.
- Pamiętasz, jak siedzieliśmy na schodach? Po tym, jak przeczytałaś te plotki, jak próbowałem cię pocałować? – jego spojrzenie wwiercało się w moje oczy, jakby chciał z nich wyczytać moje myśli. Skinęłam głową, nie bardzo wiedząc, o co dokładnie chodzi chłopakowi.
- Okłamałem cię wtedy. Zapytałaś, czy jesteśmy tylko przyjaciółmi. Powiedziałem, że tak. Skłamałem. Nie jesteś dla mnie tylko przyjaciółką, Cat… Kocham cię– powiedział miękko, a ja nie dowierzałam temu, co właśnie usłyszałam. – Wtedy, w sklepie, to ja znalazłem twój kolczyk. Nie miałem jednak odwagi pobiec za tobą, więc zmusiłem Liama. Byłem zbyt nieśmiały, by o ciebie zawalczyć, chociaż zauroczyłaś mnie w pierwszej chwili, nawet gdy krzyczałaś na Liama w sklepie, a z każdym kolejnym dniem kochałem cię bardziej. Chciałem, żebyś była ze mną, ale on był pierwszy, a ty byłaś z nim szczęśliwa. Musiałem odpuścić. Musiałem, ale już nie dam rady dłużej patrzeć na to, jak cię tracę… Chcę być z tobą, Cattie. Chcę, żebyś była szczęśliwa, chcę ci to szczęście dać. Dbać o ciebie i każdego dnia widzieć jak się uśmiechasz. Kocham cię…
Jego palce, które dotychczas gładziły wierzchy moich dłoni, przerwały swój jednostajny ruch, w oczach widziałam błaganie o odpowiedź, jakąkolwiek reakcję. Nie mogłam mu jej udzielić, chociaż od dawna przeczuwałam, że jego zachowanie ma nie tylko przyjacielski podtekst. Poniekąd spodziewałam się tego, co powiedział, ale nie mogłam zareagować, chociaż też go kochałam. Nie mogłam.
- Wyjdź… Proszę… - wyszeptałam.
Widziałam jego zdziwienie, współodczuwałam jego ból, ale po prostu nie mogłam pozwolić, żeby został ze mną, nie mogłam zgodzić się na to, by cierpiał ze mną. Nie chciałam dać mu nadziei i za jakiś czas opuścić. Nie chciałam, by patrzył na to, jak powoli umieram. Za bardzo mi na nim zależało, żeby skazać go na permanentne cierpienie. Po prostu musiałam uciec, bo własne życie zaczęło mnie przerastać.
Gdy wyszedł, po raz pierwszy od kilku dni włączyłam telefon i zasypała mnie góra wiadomości. Przewijałam listę w poszukiwaniu czegoś innego, niż smsy od Liama i w końcu mój wzrok padł na wiadomość od nieznanego numeru, nadesłaną kilka dni wcześniej. Jesteśmy kwita, dziwko. Zniszczyłam cię tak samo, jak ty mnie. Mam nadzieję, że Tina, moja ulubiona blondyneczka, spisała się lepiej niż ty. E. Nie wytrzymałam. Wzięłam zamach i roztrzaskałam telefon na ścianie. Płakałam i krzyczałam, rzucając o ścianę kolejnymi przedmiotami, wszystkim, co znalazłam pod ręką, a gdy nie było już nic, co mogłabym zniszczyć, opadłam na kolana pośród odłamków szkła i wyłam, wbijając paznokcie w skórę. Istniała jedna, jedyna droga ucieczki i nie miałam wyjścia, musiałam z niej skorzystać.

***
Myliłam się. Istniały dwie drogi ucieczki, może nawet więcej. Ale wtedy, pięć lat temu, do głowy przyszła mi tylko jedna, sprawdzona.
Siedziałam na niewygodnym, metalowym krzesełku w hali odlotów, w dłoniach miętosząc przepustkę do nowego życia. Za dwie godziny miałam znów wznieść się w niebo, zacząć życie od nowa. Cząstka mnie miała jednak na zawsze zostać w Londynie, przy ludziach, których pokochałam. Wiedziałam, że będzie mi ich brakować – pracy z Lux, plotek z Mią, spędzania czasu z Harrym, jego zielonych oczu i burzy loków, lekko aroganckiego, a zarazem uroczego Louisa, skrytego Zayna, który po jakimś czasie zaczął się przede mną otwierać. Wiedziałam, że będę tęsknić za miastem moich marzeń, byciem anonimowym na ulicach, ulubioną kawy i croissantami, za obserwowaniem zachodów słońca przez kuchenne okno. Chciałam jednak zachować dobre wspomnienia, coś, czego nikt nigdy nie mógłby mi odebrać.
Zdecydowałam się na jeszcze jedną rzecz przed odlotem – podeszłam do jednej z budek telefonicznych i wybrałam numer Harry’ego.
- Tak? – gdy usłyszałam w słuchawce jego zaspany głos, łzy znów ścisnęły mnie za gardło.
- Cześć, Harry. To ja, Cat – wymamrotałam.
- Cattie? Stało się coś? Czemu dzwonisz tak rano, czemu z jakiegoś dziwnego numeru?
- Harry… Chciałam tylko przeprosić. I proszę, przekaż chłopakom, że jestem wdzięczna losowi, że was poznałam. Dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiliście… - głos zatrząsł mi się niebezpiecznie, więc dodałam tylko ‘żegnaj’ i rozłączyłam się.
Wróciłam na swoje krzesełko i wpatrywałam się w tarczę zegarka wiszącego nade mną. Sekundnik kręcił się dookoła jak oszalały, podczas gdy minutnik statecznie odmierzał czas pozostały do wylotu. Dwadzieścia minut przed odlotem ludzie zaczęli tłoczyć się przy wyjściu na pas, ale ja nie miałam w sobie tyle siły, by się podnieść. Usłyszałam za sobą głośne tupanie, jakby ktoś biegł, a po chwili lekkie dyszenie. Wiedziałam. Znalazł mnie. Ten telefon… Tak, chyba po to zadzwoniłam. Żeby mnie znalazł.
- Nie uciekaj, proszę – znajomy głos rozbrzmiał tuż za moimi plecami. Zwiesiłam głowę, wpatrując się w swoje zdarte buty. Musiałam uciec. A może…?
- Jestem chora… - wyszeptałam, bez jakiejkolwiek nadziei, że mnie usłyszy. A jednak. Uklęknął przede mną i wziął mnie za rękę, w jego oczach strach mieszał się ze stanowczością.
- Wiem o tym. Ale nie umrzesz, rozumiesz? Zrobię wszystko, co się da. Nie pozwolę ci odejść.
- Przecież nic nie możesz zrobić…
- Mogę. Mogę cię kochać. Mogę walczyć o ciebie każdego dnia. I będę walczył – oświadczył i pociągnął mnie za rękę, bym wstała. Przyciągnął mnie do siebie, a ja przytuliłam policzek do jego klatki piersiowej, wdychając znajomy zapach. Chłopak odgarnął mi włosy z twarzy, i lekko mną kołysząc, zaczął przyciszonym głosem śpiewać:


I have died everyday
waiting for you
Darling, don't be afraid
I have loved you for a
Thousand years
I'll love you for a
Thousand more

Umierałem każdego dnia,
Czekając na Ciebie
Kochanie, nie bój się,
Kochałem Cię przez
Tysiąc lat
Będę Cię kochał
Przez następny tysiąc…

 koniec.

Od Autorki: 
Dotarliśmy do końca. Dziękuję Wam za wszystkie komentarze, ciepłe słowa, w ogóle za czytanie tej historii. Nie mogła skończyć się źle, bo ja wciąż naiwnie wierzę w bajki. Ale jeśli macie wątpliwości, kto zatrzymał Cat na lotnisku, poczekajcie do epilogu - pojawi się tu za jakiś czas. 
Piosenka umieszczona na końcu to "A thousand years", polecam zwłaszcza w wykonaniu Nicholasa McDonalda, znajdziecie je tutaj.
Jeśli macie ochotę, dajcie znać w komentarzu, które momenty z Escape wspominacie najlepiej, jestem bardzo ciekawa ;-)
Ode mnie to tyle, dziękuję.


piątek, 14 lutego 2014

Rozdział 44.



Marcin miał w życiu więcej szczęścia, niż rozumu. Szczęścia, bo nie stłukłam go na kwaśne jabłko, dowiedziawszy się, że brał te wszystkie świństwa tylko po to, żeby nadążyć ze wszystkim i podołać powierzonym zadaniom, zamiast zwyczajnie zrezygnować z połowy z nich. W dodatku rozstał się z dziewczyną, a ukojenia szukał w alkoholu – mieszanka okazała się na tyle wybuchowa, że wymiksował się z życia na niemal tydzień. Dopilnowałam oczywiście, żeby sytuacja się nie powtórzyła, robiąc mu przeszukanie w domu i wyrzucając wszystkie podejrzanie wyglądające tabletki. Alkohol wylałam do zlewu, nie oszczędzając nawet cholernie drogiej, 40-letniej whisky – chłopak musiał odczuć konsekwencje swojego wybitnie idiotycznego zachowania, nie było taryfy ulgowej. Nie miałam oczywiście gwarancji, że nie kupi kolejnego zapasu dopalaczy, ale obiecał mi, że będzie czysty, a na to liczyłam.
Wracałam do Londynu z uśmiechem na twarzy, zresztą jak zawsze, gdy miałam znaleźć się z powrotem w mieście, które bezwarunkowo kochałam. Samolot osiadł miękko na płycie lotniska, w samolocie rozległy się brawa dla pilota, a ja wpatrywałam się w malutkie okienko, pokryte kroplami deszczu. Jakaś starsza pani siedząca za mną zaczęła narzekać, że znów pada, ale mi to nie przeszkadzało – kilka kropel wilgoci nie było w stanie zmienić mojego nastawienia do tego miasta. Odczekałam, aż większość osób wyjdzie z samolotu, by nie musieć przepychać się przez dziki tłum szukający walizek, po czym zeszłam po niestabilnych schodkach prosto w kałużę. Pokręciłam głową w niedowierzaniu i powlokłam się za wszystkimi pasażerami do hali przylotów. Machnęłam pracownicy lotniska przed nosem swoim dowodem, odpowiedziałam na kulturalne pozdrowienia i, noga za nogą, wyszłam z budynku. Naciągnęłam mocniej czapkę na oczy, chcąc uchronić się przed nachalnymi kroplami i poprawiłam słuchawki w uszach. Złapałam jakąś taksówkę, podałam kierowcy adres mieszkania i oparłam się o chłodną powierzchnię szyby. Dobrze było być już w domu.
Wyjęłam z torby telefon, wyłączony na czas lotu. Po odblokowaniu ekranu moim oczom ukazała się pojedyncza koperta na wyświetlaczu. Słowo, które pojawiło się po kliknięciu w nią, sprawiło, że na mojej twarzy natychmiast wykwitł szeroki uśmiech. „Wróciliśmy.” Nadawcą sms-a nie był co prawda Liam, a Harry, ale to wystarczyło, bym zmieniła swoje plany na wieczór. Gdy tylko samochód zatrzymał się przed budynkiem, w którym mieszkałam, wyskoczyłam z niego jak oparzona i pobiegłam na górę. Wzięłam szybki prysznic, wypakowałam torbę i stanęłam przed szafą. Jak zwykle pojawił się dylemat, co powinnam ubrać. Chciałam wyglądać dobrze, dla Liama, ale jednocześnie nie tak, jakbym przez tydzień zastanawiała się, co założyć. Wyciągnęłam czarne legginsy ze skórzanymi wstawkami na kolanach jako pewnik, dobrałam do nich czarno-granatową koszulę w kratę i niebieskie trampki. Poprawiłam naszyjnik-gwiazdkę od Liama, by dobrze leżała na dekolcie i przeczesałam włosy palcami. Uśmiechnęłam się lekko do swojego odbicia w lustrze i wybiegłam, w pośpiechu zakładając kurtkę. Nie chciałam czekać na taksówkę, więc ruszyłam w stronę najbliższego przystanku autobusowego, z którego mogłabym dojechać do domu chłopaków. Złapałam się na tym, że paznokciami nerwowo wystukuję rytm piosenki brzmiącej mi w słuchawkach, nie mogąc doczekać się spotkania z Liamem po tygodniu rozłąki. Właśnie takie przerwy uświadamiały mi, jak bardzo mi na nim zależało i jak ważny był dla mnie. Miałam już dość sprzeczek i małych kłótni, byłam gotowa pójść na wszelkie ustępstwa, byleby tylko nie musieć znosić kolejnych dni bez niego.
Po kilkudziesięciu minutach jazdy i spaceru stanęłam w końcu pod znajomymi drzwiami. Zadzwoniłam do drzwi raz, później drugi, ale nikt nie odpowiadał, więc spróbowałam nacisnąć klamkę. Ustąpiła, więc popchnęłam drzwi i weszłam. Gdy dotarłam do salonu zrozumiałam, dlaczego nikt nie reagował na dzwonek – Niall, Harry i Louis byli zapatrzeni w jakąś grę, w której ja zapewne nie widziałabym żadnego sensu. Dopiero gdy usiadłam na kanapie obok Harry’ego i delikatnie poklepałam go po ramieniu, wyrwał się z wirtualnego świata, tracąc jednocześnie jedno z żyć swojej postaci.
- Hej – uśmiechnęłam się najmilej, jak potrafiłam. – Widzę, że to już wam mózgi wyprało.
- Cat, urocza jak zawsze! – odgryzł się Louis, a Harry i Niall uściskali mnie serdecznie.
- Jak Marcin? – zapytał blondyn.
- W porządku, lekarze postawili go na nogi, a ja opieprzyłam go i wyczyściłam mu mieszkanie z wszystkiego, czym mógłby sobie znów zaszkodzić. Mam nadzieję, że ma nauczkę na przyszłość – odpowiedziałam, wzdrygając się na myśl, że przyjacielowi mogłoby to przyjść ponownie do głowy.
- Nie no, jak nawrzeszczałaś na niego tak, jak potrafisz na nas, to na pewno nie odważy się nic kombinować – zapewnił mnie Louis.
- Ej! Przecież nigdy na was nie krzyczałam – zmarszczyłam brwi, na co Niall pospieszył z wytłumaczeniem:
- Tak, ale wiemy, że to potrafisz, więc, no. No! – blondyn zaplątał się w zeznaniach, więc postanowił zmienić temat. – Skąd wiedziałaś, że jesteśmy już w Londynie?
- Ja wysłałem jej sms-a. Chociaż pewnie Liam zrobił to wcześniej? – wtrącił się Harry.
- A wiesz, że nie. W ogóle się do mnie nie odezwał po powrocie. Właśnie, tak w ogóle to gdzie on jest? – zapytałam zdziwiona.
- Nie wiem, wyszedł gdzieś, myśleliśmy, że do ciebie – odpowiedział Louis w imieniu całej trójki. – Na pewno zaraz wróci, chcesz posiedzieć z nami?
- Chyba nie mam wyjścia! – uśmiechnęłam się, z wdzięcznością przyjmując od Nialla kubek z herbatą.
Minuty mijały, a Liam nie pojawiał się w domu. Nie próbował również kontaktować się ani ze mną, ani z przyjaciółmi telefonicznie, a ja zaczynałam się martwić. Harry i Louis zapewniali mnie jednak, że nie mam powodu do obaw, więc bardzo chciałam im wierzyć. Niall natomiast po prostu usadowił się koło mnie, postawił mi na kolanach miskę z popcornem i objął mnie ramieniem, po czym włączył jakąś bezsensowną komedię. Udało mi się wciągnąć w akcję na tyle, że oderwałam się myślami od mojego nieobecnego chłopaka. Po zakończonym seansie Louis i Harry pożegnali się ze mną, tłumacząc, że są zmęczeni, po czym poszli na górę, a Niall uparł się, że zostanie ze mną na dole, jeśli chcę. Podziękowałam mu za troskę, ale uznałam, że poczekam na Liama w jego pokoju – musiał tam w końcu dotrzeć. Przyjaciel zapewnił mnie, że gdyby był potrzebny, to znajdę go w studio, po czym uściskał mnie mocno. Uśmiechnęłam się do niego i powlokłam na górę.
Pokój Liama był otwarty, zresztą jak zawsze, a w środku unosił się lekki zapach jego perfum. Zaciągnęłam się głęboko, marząc o dotyku jego rąk na moim ciele. Brakowało mi jego bliskości… Powoli rozpięłam guziki koszuli, wyobrażając sobie, że to nie moje palce zmagają się z nimi, a jego. Pozwoliłam materiałowi opaść na podłogę, a sama sięgnęłam po czarną koszulkę Liama, ułożoną na fotelu. Wsunęłam ją przez głowę, otulając się miękką tkaniną. Związałam włosy w prowizoryczny koczek i wślizgnęłam się do łóżka. Zamierzałam poleżeć tak do czasu, aż chłopak wróci; cały czas jednak miałam jakieś dziwne, złe przeczucie. Drżały mi ręce, żołądek podchodził do gardła, a moje tętno dramatycznie przyspieszyło. Byłam pewna, że chodzi o Liama – jego nieobecność była dziwna, nietypowa i bolesna, a ja jakbym czuła, że coś się wydarzyło albo wydarzy. W końcu jednak zmęczenie wzięło górę nad zdenerwowaniem i zasnęłam, jednak nie na tyle mocno, by nie obudzić się na dźwięk hałasu.
Najpierw usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi, jakieś dziwne szuranie, cmokanie, a potem coś ciężkiego upadło na materac. Zerwałam się natychmiast i nie mogłam uwierzyć własnym oczom – tym, co wzięłam za jakiś ciężki przedmiot, był Liam, w rozpiętej do połowy koszuli, a okrakiem siedziała na nim najbardziej idealna blondynka, jaką w życiu widziałam. Dziewczyna była zbyt zajęta wpychaniem Liamowi języka do gardła i rozbieraniem go, a on żarliwym odpowiadaniem na jej gesty, żeby w ogóle zauważyć moją obecność. Poczułam, jakby ktoś kopnął mnie z całej siły w żołądek. Mój cały świat runął przede mną, rozpadł się w drobny mak, a ja, jak w slow motion, obserwowałam to otwartymi z przerażenia oczami i niemal fizycznie czułam, jak coś mnie od wewnątrz rozdziera. Nigdy nie czułam się w ten sposób. Nawet ostrze noża wbijające się mi w plecy nie było tak bolesne. Ból fizyczny jest w zasadzie niczym, jeśli porównać go do tego, jak bolało złamane serce, utrata zaufania i upadek wszystkiego, w co wierzyłam.
- Liam! – krzyknęłam, a chłopak oderwał się od blondynki i obrócił się, by zobaczyć moją przeszytą bólem twarz.
- Cat?! Co ty tu… - w jego oczach zobaczyłam panikę, strach i szok.
- Jak mogłeś… - wyszeptałam i walcząc ze łzami, zdarłam z siebie jego koszulkę i rzuciłam ją na podłogę. Po ułamku sekundy zastanowienia szarpnięciem rozerwałam też naszyjnik, prezent od niego, a potem rzuciłam mu nim w twarz i wybiegłam. Słyszałam, jak za mną krzyczy, jak przez mgłę docierał do mnie też chichot dziewczyny, z którą właśnie mnie zdradził, ale nie zatrzymywałam się. Nie wiedziałam gdzie iść, co ze sobą zrobić w środku nocy, w domu, który w tamtej chwili znienawidziłam. Do głowy przyszło mi jedyne możliwe rozwiązanie, więc znalazłam odpowiednie drzwi i zapukałam, z nadzieją, że nie będą zamknięte. Otworzył mi Niall, a gdy zobaczył, że stoję w progu w samym staniku, zalana łzami, bez słowa wciągnął mnie do środka. Zamknął drzwi od wewnątrz i otoczył mnie ramionami, a ja kurczowo chwyciłam się jego koszulki i usiłowałam złapać oddech i chociaż na chwilę powstrzymać płynące łzy, ale one jak na złość wciąż znajdowały drogę spod zaciśniętych powiek. Niall głaskał mnie po plecach, delikatnie kołysał i mamrotał coś by mnie uspokoić, ale nie umiałam rozróżnić poszczególnych słów. Tak bardzo mnie wszystko bolało…
Po kilku chwilach ktoś zaczął szarpać za klamkę od zewnątrz, instynktownie więc gwałtownie obróciłam się tak, by schować się za Niallem.
- Spokojnie, zamknąłem drzwi – wyszeptał mi do ucha chłopak. Pokiwałam nerwowo głową, ale nie mogłam przestać drżeć.
- Cattie, co się stało? Proszę, powiedz mi… - niemal błagał, odgarniając mi włosy z czoła i ocierając policzki.
- Zabierz mnie stąd, Niall… - wymamrotałam, chociaż z trudem wymawiałam kolejne słowa.
- Dobrze, jasne. Zostań tutaj, wezmę kluczyki – blondyn skinął głową i pomógł mi usiąść w jednym z foteli. Poddałam mu się bezwolnie i otuliłam ramionami, usiłując zablokować chłód docierający do mojej odkrytej skóry. Niall dotarł do drzwi, ale po chwili zastanowienia wrócił, przyklęknął przede mną i przygryzł wargę. Gdy spojrzałam na niego pytająco, nachylił się i musnął lekko moje usta swoimi, po czym pogłaskał mnie kciukiem po policzku. Byłam zbyt zaskoczona, by zareagować, zbyt obolała, by o tym myśleć, czułam nawet, że byłam zbyt złamana, by dalej żyć.
Niall wrócił po kilku minutach, niosąc w ręku swoją szarą bluzę, torebkę, którą zostawiłam w salonie i kluczyki do auta. Zarzucił mi bluzę na ramiona, ostrożnie zasunął zamek, po czym za rękę wyprowadził ze studia, poprowadził korytarzem do garażu i pomógł ulokować się w samochodzie. Próbował spleść swoje palce z moimi, gdy jego czarny Range Rover mknął ulicami miasta, ale odsunęłam dłonie, chowając je w przydługich rękawach bluzy i wpatrywałam się tępo w szybę. 

Od Autorki:
Ooopsie, drama time. I przedostatni rozdział zarazem.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Rozdział 43.



W sekundzie, w której wsiadłam do autobusu pożałowałam, że nie wybrałam taksówki. Stary, rozklekotany autobus bez ogrzewania toczył się powoli z lotniska przez miasto, a ja siedziałam na tylnym siedzeniu i trzęsłam się z zimna i nerwów, mamrocząc pod nosem wszystkie znane mi przekleństwa, po polsku, po angielsku i francusku. Pewnie gdybym znała jeszcze jakieś języki, wybrałabym z nich co bardziej soczyste słówka. Przynajmniej lot obył się bez komplikacji – zgodnie z obietnicą Liam odwiózł mnie o 5:00 rano na prywatne lotnisko, gdzie podstawiony został helikopter. Gdyby nie fakt, że nie wiedziałam, co dzieje się z Marcinem, pewnie dużo bardziej ekscytowałabym się lotem, zorganizowanym bądź co bądź dla mnie, ale w tej sytuacji nie umiałam znaleźć w sobie radości. Gapiłam się tępo przez okno, kurczowo ściskając w dłoniach telefon. Może gdybym była wierząca, zaczęłabym się modlić, żeby mój przyjaciel wyszedł z tej sytuacji bez szwanku, ale nie byłam, więc pozostawało mi tylko czekać.
Gdy skrzypiąca „dziesiątka” zatrzymała się w końcu na przystanku niedaleko szpitala, niemalże wybiegłam z autobusu, sprintem kierując się w stronę szpitala. Latem często biegałam tą trasą, więc skorzystałam z zapamiętanych skrótów i po kilku minutach wpadłam zdyszana na izbę przyjęć. Natychmiast skierowałam się do recepcji i próbując opanować oddech, wyrzuciłam z siebie imię i nazwisko przyjaciela. Znudzona pielęgniarka otaksowała mnie z góry na dół i ordynarnie żując gumę zakomunikowała, że nie ma prawa wpuszczać na oddział obcych. Miałam ochotę przechylić się przez jej blat, złapać za kołnierz i rzucić o najbliższą ścianę, ale dwie rzeczy stały mi na przeszkodzie: po pierwsze, wtedy na pewno nie dowiedziałabym się, gdzie leży Marcin, a po drugie, biorąc pod uwagę, że kobieta miała wymiary przeciętnego morświna – mogłabym sobie nie poradzić. Wzięłam głęboki oddech i postanowiłam zacząć od nowa:
- Jeszcze raz. Dzień dobry, jestem dziewczyną Marcina, czy może mi pani powiedzieć, gdzie leży? – wysyczałam przez zaciśnięte zęby.
- Trzeba było tak od razu. Pokój 505, piąte piętro, po prawej stronie korytarza – pielęgniarka przerwała na chwilę żucie gumy i pokusiła się o odpowiedź.
- Dziękuję – rzuciłam przez ramię, kierując się do windy.
- Momencik! Winda jest zepsuta, musi pani iść schodami – zakomunikowała mi z dziką satysfakcją na twarzy kobieta-morświn.
- Kuuuurwa! – zawyłam i obdarzyłam ją nienawistnym spojrzeniem, po czym pobiegłam po schodach na górę. Byłam pewna, że winda działała, a pielęgniarka powiedziała to z czystej złośliwości, ale gdybym została w tym samym pomieszczeniu co ona jeszcze chwilę dłużej, to ona mogłaby potrzebować pomocy medycznej.
Wpadłam na piąte piętro jak huragan, przystając dopiero pod drzwiami sali, w której miał leżeć Marcin. Już miałam wejść do środka, ale coś mnie powstrzymywało. A co, jeśli on z tego nie wyjdzie? Co, jeśli już jest za późno? Na samą myśl o tym, że mogłabym go stracić, poczułam, jak żołądek zwija mi się w supeł, a do oczu napływają łzy. To nie mogło tak być. To ja powinnam tam leżeć, nie on. To on zawsze ratował mnie, nawet, gdy nie zasługiwałam. To on był przy mnie wtedy, gdy wszyscy inni się odwrócili. To nie mogło tak być… Potrząsnęłam głową, by odgonić od siebie te myśli i cicho nacisnęłam klamkę, nie chcąc go obudzić, jeśli spał. Zajrzałam do sali – oprócz pojedynczego łóżka pod oknem, w sali było pusto. Gdy rozpoznałam postać leżącą na nim, zrobiło mi się słabo. Jego włosy były rozrzucone na poduszce w nieładzie, oczy podkrążone, dziesiątki rureczek i kabli łączyły go z aparaturą stojącą obok. Wyglądał tak blado, jakby… Jakby było za późno… Wiedziałam jednak, że to nie może być prawda – widziałam na tyle dużo seriali medycznych, żeby mieć pewność, że jeśli ta cała maszyneria pika w stałym rytmie, Marcin wciąż tu jest. Usiadłam na metalowym taborecie przy łóżku i delikatnie dotknęłam jego dłoni.
- Jestem przy tobie. Marcin, słyszysz? M? Jestem tu… Proszę, nie zostawiaj mnie… - powtarzałam jak opętana, kurczowo trzymając jego dłoń, jakby to mogło czemukolwiek zapobiec. Gdy zdałam sobie sprawę, że nie uzyskam żadnej reakcji, uczucie pustki i straty szarpnęło mnie za serce. W ułamku sekundy oczy wypełniły mi się łzami, których nie mogłam powstrzymać. Płakałam jak dziecko, nie zważając na to, że rujnuję makijaż, łzy zmieszane z podkładem i tuszem skapują na bluzkę, zostawiając brudne plamy. Nawet nie zauważyłam, gdy ktoś wszedł do pokoju, zorientowałam się dopiero, gdy poczułam dotyk dłoni na swoim ramieniu. Obróciłam się gwałtownie, nie wypuszczając jednak dłoni Marcina, by zobaczyć zatroskanego lekarza w średnim wieku.
- Co z nim? – zapytałam, walcząc ze łzami.
- Jest w śpiączce farmakologicznej… W jego organizmie wykryliśmy dużą dawkę substancji pobudzających i dopalaczy, które doprowadziły do problemów z krążeniem. Czy wie pani, jak długo on to brał? – próbował dowiedzieć się lekarz.
- Nie mam pojęcia… Mieszkam w Londynie, przyleciałam, gdy tylko się dowiedziałam. Zawsze był taki pełny energii, zaangażowany we wszystko – uczelnię, zespół… - pokręciłam głową, nie mogąc przypomnieć sobie niczego, co mogłoby być pomocne lekarzowi.
- Rozumiem. Dobrze, że pani już tu jest. Pan Marcin na pewno będzie zadowolony, widząc tu panią, ale w tej chwili i w tym stanie nie może pani nic zrobić – proszę jechać do domu, zadzwonię do pani, gdy tylko chłopak się obudzi – lekarz posłał mi współczujące spojrzenie, ale odwróciłam wzrok, skupiając go ponownie na Marcinie.
- Nie, nie. Nigdzie nie idę, nie mogę. Będę tu czekać, aż… Aż wróci.
- Ale to może potrwać… - lekarz usiłował mnie przekonać.
- Nie rozumie pan?! Będę tu czekać, aż się obudzi! – gdyby moje spojrzenie mogło zabijać, lekarz byłby martwy w sekundzie, w której posłałam mu najgorszą ze swoich agresywnych min. Szybko wycofał się, nie naciskając dłużej na to, bym zostawiła Marcina. Nie mogłam tego zrobić, musiałam przy nim być. Tak jak on zawsze był przy mnie.
Wstałam z taboretu, otarłam łzy rękawem bluzki i podeszłam do wezgłowia łóżka, poprawiłam lekko poduszkę, na której leżał Marcin, po czym ponownie zajęłam swoje miejsce u jego boku. Z rozmyślań wyrwał mnie telefon. Gdy sięgnęłam po niego do torebki, na wyświetlaczu zobaczyłam imię Liama, więc bez chwili wahania odebrałam.
- Cześć, Liam… - wymamrotałam zmęczonym głosem.
- Skarbie! Wszystko w porządku? Dotarłaś? Co z Marcinem? – z trudem słyszałam głos chłopaka przez hałasy, widocznie był gdzieś na mieście.
- Tak, tak, jestem już w szpitalu… Marcin jest w śpiączce farmakologicznej, nie wiem, co będzie dalej… Boję się, Liam, tak cholernie się boję, że on… - ostatnie słowa wyszeptałam do słuchawki, w obawie, że jeśli powiem to głośno, znów wybuchnę płaczem.
- Wiem, skarbie… Nawet tak nie mów, nic się nie stanie. Marcin wyjdzie z tego, zobaczysz – Liam próbował mnie uspokoić, ale czułam, że jego głos też drży.
- Obiecujesz? – zapytałam irracjonalnie. Wiedziałam, że Liam nie ma na to żadnego wpływu, ale po prostu musiałam to usłyszeć.
- Obiecuję, Cattie, obiecuję – westchnął chłopak. – Niedługo będziesz mogła wymusić tę obietnicę na nim, na pewno.
- Nie omieszkam – uśmiechnęłam się lekko.
- Przepraszam, skarbie, ale muszę biec, mamy jakieś spotkanie wagi państwowej przed wyjazdem. Informuj mnie na bieżąco, gdyby coś się działo, dobrze? Spotkamy się za tydzień, jak wrócę z tej cholernej trasy. Kocham cię, pa!
- Ja ciebie też, pa – wymamrotałam i rozłączyłam się. – Widzisz, Marcin, co ja z tobą mam? Stawiasz wszystkich na nogi, a sam się tu wylegujesz. Może najwyższa pora się ogarnąć?! – zapytałam przyjaciela, chociaż wiedziałam, że nie uzyskam odpowiedzi. Chcąc jakoś przebić się do jego świadomości i zmusić go do obudzenia się, zaczęłam mu opowiadać o swoim życiu w Londynie. Streściłam mu, jak poznałam Liama, chociaż to już znał, podzieliłam się swoimi odczuciami względem Nialla, historią Harry’ego i jego byłej dziewczyny, całym tym dramatem z Eleanor, opowiedziałam mu nawet o nieudanym pierwszym razie i całym zamieszaniu z tym związanym. Wiedziałam, że gdyby był przytomny, kazałby mi się zamknąć po drugiej godzinie paplaniny – można więc powiedzieć, że korzystałam z okazji, jakkolwiek ironicznie by to nie brzmiało.
W końcu zmęczenie i spotęgowany stres stworzyły zabójczą mieszankę – oczy zaczęły mi się kleić, a głowa bezwolnie opadła na wątpliwej wygody materac. Śniła mi się pustka. Nie wiedziałam, czy ma jakiś wygląd, ale jeśli jest taka, jak w tym śnie, nie chciałam jej doświadczać. Czarna dziura, zasysająca jak odkurzacz albo jakiś pieprzony dementor wszystko, co kochałam, to nie coś, z czym chciałabym się mierzyć w życiu… Obudziło mnie uczucie, jakby ktoś głaskał mnie po włosach. Natychmiast otworzyłam oczy, a moje spojrzenie napotkało zmrużone oczy Marcina.
- Cześć, co słychać? – usłyszałam, jak mamrocze, i z trudem powstrzymałam się od rzucenia się na niego z uściskami.
- Idioto! Możesz mi powiedzieć, co ty tu do cholery jasnej robisz, zamiast pytać mnie, co słychać?! – ton mojej wypowiedzi był ostry, ale po policzkach płynęły mi łzy szczęścia.
- Dobre pytanie – usłyszałam w odpowiedzi.

Od Autorki: 
Rozdział 44. aka. Wielka Drama w Walentynki. A później wcale nie będzie weselej. ; )